19814155_1424480460965736_1790527385_oW jednej chwili oczy Marcina wywracają się na drugą stronę – tak, że widać tylko białka. Ataki padaczki to wyładowania w jego głowie, które odbierają mu świadomość. Pojawiają się nagle, niespodziewanie. Są jak gwałtowny huragan. W kilka sekund życie Marcina się zatrzymuje. Atak sieje w jego głowie spustoszenie, zabiera mnóstwo rzeczy, które do tej pory udało mu się wypracować. Kiedy się kończy, zostawia pobojowisko, cofa go w rozwoju. Jedyną drogą, by naprawić szkody, jakie wyrządza mu choroba są leki i rehabilitacja. Jako mama Marcina błagam Cię o pomoc. Bez niej sami nie damy sobie rady…

Marcin zdążył skończyć dwa latka, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jego atak. Kilka godzin wcześniej położyłam go spać. O 23 nagle usiadł – bez ruchu i bez świadomości, z wywróconymi do góry oczami. Całe jego ciało zesztywniało. Nie przypominał już tego zdrowego dziecka, z którym bawiłam się jeszcze kilka godzin temu. Mówiłam do niego, ale on nie słyszał moich słów – tak, jakby ktoś nagle odłączył mu prąd. Nie wiedziałam, co zrobić, jak mu pomóc. Trzęsącymi się rękami wybierałam numer pogotowia. Później co chwilę nerwowo patrzyłam w okno i wypatrywałam światła karetki. Wszystko działo się szybko. Pośpieszne ruchy ratowników, dźwięk syreny i mój strach – drogę do szpitala pamiętam jak przez mgłę. Choć z tyłu głowy pojawiały się najczarniejsze scenariusze, liczyłam na to, że w szpitalu lekarze mnie uspokoją. Marcina zabierano z jednych badań na kolejne. Diagnoza, którą usłyszałam, zamiast uspokoić, zabrała ostatnie okruchy nadziei.

Epilepsja lekooporna. To oznaczało, że ataki będą powracały, siejąc jeszcze większe spustoszenie i niszcząc życie Marcina.

Życie z dzieckiem chorym na padaczkę to czuwanie. Każde zachowanie, które wydaje się być podejrzane, wzbudza strach. Zawsze trzeba mieć przy sobie telefon, bo jeśli zabraknie go w momencie  nieoczekiwanego ataku, może dojść do tragedii. Wspólnie uczyliśmy się żyć z tą chorobą. Ciągłe wizyty u lekarzy, pobyty w szpitalu i badania. Moje serce pękało, bo przecież dzieciństwo powinno być beztroskie, a nie uzależnione od choroby. W końcu udało się znaleźć lek, który zminimalizował liczbę ataków. Było lepiej i, choć co jakiś czas się zdarzały, widać było poprawę. Aż do 2014 roku…

Do dziś nie wiemy, co spowodowało tak drastyczne pogorszenie się stanu zdrowia. W ciągu kilku tygodni straciliśmy wszystko, co Marcin wypracował przez lata. Choroba paraliżowała jego ciało – nie mógł połykać, tracił kontrolę nad własnym ciałem, przestał chodzić. W końcu choroba rzuciła go na szpitalne łóżko. Doszło do kwasicy metabolicznej. Konieczne było natychmiastowe przetaczanie krwi! Z każdym dniem Marcin słabł. Karmiony był przez sondę. Zaczęły się problemy z nerkami i nadciśnieniem. Zdiagnozowano nadciśnienie tętnicze spowodowane zwężeniem tętnicy nerkowej i niewydolność nerek. Wtedy właściwie nie spałam, bo nie wiedziałam nawet, czy następnego dnia nie usłyszę, że to koniec, że czas się pożegnać.

Moje dziecko było w stanie krytycznym, a ja jedyne, co mogłam zrobić to siedzieć przy nim, trzymać go za rękę i powtarzać, by wytrzymał. Na przekór diagnozom lekarzy stan Marcina zaczął się poprawiać. Przez padaczkę Marcin jest opóźniony intelektualnie i ruchowo. Wciąż potrzebne są kosztowne leki i rehabilitacja, które będą w stanie naprawić krzywdy, które wyrządza mu choroba.

Marcin to mój jedyny syn. W swoim życiu mam tylko jego. Nie mogę patrzeć, jak cierpi. Nie mogę pozwolić na to, by choroba całe życie wyrządzała mu krzywdę. iesięczne koszty leczenia są ogromne. Zbyt duże, bym sama mogła je pokryć. Jestem jego mamą – jedyną osobą, na którą Marcin może liczyć – dlatego proszę Was o pomoc. – Beata, mama Marcina

 Wpłaty prosimy kierować na rachunek bankowy Fundacji Pomocy Dzieciom Podaj Rękę Małemu Przyjacielowi z dopiskiem: Marcin  Numer rachunku: 69 1140 2017 0000 4702 1296 3116  (PLN) mBank

Wpłaty zagraniczne:
Kod SWIFT : BREX PL PW MUL
PL 11 1140 2017 0000 4912 0158 2824
(wpłaty i darowizny w EUR )
PL 09 1140 2017 0000 4012 0158 2816
( wpłaty i darowizny w USD )